
Mam do adopcji dorosłego samczyka, którego udało mi się uratować z Hiszpanii. To długa i łamiąca serce historia i z pewnością opiszę ją na swojej stronie, ale może za jakiś czas, kiedy się wzmocnię psychicznie i opadną największe emocje.
W tej chwili chcę Państwu przedstawić Leende, samczyka urodzonego w mojej hodowli w roku 2023. Jest to stosunkowo młody samiec, którego po wielu perypetiach udało mi się wykupić z rąk „hodowcy” i pseudo właściciela. Wykupienie Leende wraz z zorganizowaniem lotu z Hiszpanii do Warszawy ( z Leende na pokładzie samolotu ) kosztowało mnie 8 000 zł. Chcę podkreślić, że nie wezmę ani złotówki od rodziny, która zdecyduje się adoptować tego wrażliwego samczyka i obdarzyć go miłością.
Adopcja w moim rozumieniu oznacza wydanie psa bez opłat, nawet symbolicznych.


Leende nigdy nie zaznał miłości w Hiszpanii.
Był traktowany jak rzecz - czyli tak jak Hiszpanie w tym kraju mają w zwyczaju traktować swoje zwierzęta. Nie wszyscy rzecz jasna, ale większość naprawdę ma specyficzne podejście do zwierząt. Był reproduktorem i nie było problemów jak tylko wygrywał na wystawach psów w Hiszpanii i Portugalii w klasie młodzieży. Kiedy zaczął przegrywać na wystawach psów, „hodowca” napisał do mnie, że mam mu oddać pieniądze. Zaproponowałam od razu zwrot połowy ceny zakupu Leende i gotowość, aby zabrać go z Hiszpanii na swój koszt, albo z pomocą innych hodowców odebrać go gdzieś na wystawie psów w Europie.
Niestety pazerny „pseudo opiekun” Leende chciał mieć ciastko i zjeść ciastko, nie chciał oddawać psa do Polski, chciał tylko abym zwróciła mu pieniądze. Chciał dalej używać go jak rzeczy. Parę miesięcy temu ten człowiek znów się do mnie odezwał, wysłał film ze spaceru z Leende i napisał, że „to członek rodziny i nigdy by go nie oddał”, następnie bardzo chwalił moje psy jako jedne z najpiękniejszych i zapytał o możliwość zakupu kolejnego charcika w mojej hodowli…
Pod koniec lipca dostałam kolejną wiadomość, że, Leende „nie nadaje się do niczego”, nie wygrywa na wystawach, nic nie chce jeść, nie chce biegać w coursingach i boi się go wciąż chowając za drzewem na spacerach. To mu bardzo przeszkadza i Leende jest tylko problemem bo odstaje od reszty stada….




Ilość stresu, szantaży, że Leende zostanie sprzedany dalej w głąb Hiszpanii do kolejnej dużej hodowli jest nie do opisania. To wszystko działo się przez cały sierpień i kosztowało mnie zdrowie i zszargane nerwy, ciągiem brak snu przez kilka nocy i morze wylanych łez. Leende od początku był najwrażliwszym szczeniaczkiem z miotu, o bardzo koronkowej psychice, typowym wrażliwcem i „syneczkiem”. Zdecydowałam się go sprzedać tej rodzinie w Hiszpanii bo na tamten czas mieli tylko jeden miot, dwie suczki i deklarowali absolutną miłość, oddanie i brak szeroko zakrojonych planów hodowlanych. Każdy kto mnie zna, wie jak bardzo boję się sprzedawać swoje szczenięta do dalszej hodowli, zanim sprzedałam Leende, zrobiłam wywiad i pytałam o tego człowieka. Dostałam potwierdzenie, że to cudowny dom i nigdy by nie oddali swojego psa, mieszkają w górach, pasą owce i prowadzą spokojny tryb życia. Proszę mi wierzyć, że naprawdę to wyglądało dobrze…. Jak bardzo można się pomylić… Jak bardzo ludzie kłamią, kamuflują się, przywdziewają maski… przeraża mnie to, a z każdym rokiem każdy nowo narodzony miot zamiast cieszyć, przyprawia mnie o skręt żołądka kiedy przychodzi do sprzedaży…aby tylko szczenięta trafiły do dobrych ludzi i kochających domów.


W poniedziałek 14 września miną równe 2 tygodnie jak Leende jest z nami. To były trudne i bardzo smutne tygodnie. Wciąż walczymy z brakiem apetytu u samczyka i ogromnym przygnębieniem…
Obiecałam sobie, że ten wrażliwy samczyk już nigdy nie będzie miał nic wspólnego ze słowem hodowca i hodowla, nigdy więcej nie zobaczy w soim życiu klatki. Ostatni raz kiedy był w klatce to podczas transportu w nocy z lotniska w Warszawie do Częstochowy. Jestem pewna, że nie przeżyłby on w Hiszpanii. Prawdopodobnie byłby odsprzedawany z rąk do rąk, z hodowli do hodowli, wykorzystywany i wyssany jak cytryna, umarłby z głodu i ze smutku w lodowatej klatce.



Jaki jest Leende?
Jest to Anioł w ciele charcika włoskiego. Wrażliwiec, kochany syneczek, pozbawiony typowej dynamiki ruchów i zachowania jakie są w rasie. Jest nadmiernie spokojny, przesypia większość dnia. Zachowuje się, jakby dosłownie przepraszał, że żyje. Wygląda na bardzo smutnego pieska. Jedyna radość to spacerki i bieganie z innymi charcikami, widać, że na spacerach jest ożywiony i wesoły. To właśnie na spacerach udaje nam się najczęściej przemycić jakieś jedzonko z ręki… Odkąd przywieźliśmy go z lotniska w nocy 31 sierpnia, śpi z nami w łóżku. Pierwsze 3 noce to było trzymanie go na siłę pod kołdrą. Czuło się gotowość do ucieczki, a każdy mięsień był napięty jak struna. Żle reagował na rękę na głowie - głaskanie i twarz blisko jego pyszczka, która chce go pocałować.
Nie jest nauczony czułości, przytulania, całusków. Powoli się tego uczy.
Ma oczyszczone zęby, jest solidnie odrobaczony i szykujemy go do adopcji głównie pod kątem psychiki. Zachowuje czystość w domu.
Będzie też zaszczepiony.
Chcemy nauczyć go normalności, tego, że kanapa i koc to absolutnie miejsce dla charcika włoskiego! Mamy po niecałych dwóch tygodniach sukces w postaci akceptowania śpiworka do spania. Po jakiś 34000 razach kiedy wsadzałam Leende do śpiworka - norki i kiedy on uparcie z niej wychodził, aby położyć się na niej na wierzchu, w końcu powoli zostaje w środku norki
Myślę, że to za sprawą spania w nocy w łóżku z nami. Leende pierwszy raz w swoim życiu zaznał komfortu spania z ludźmi w cieplutkim łóżku, w bliskości wspólnych oddechów i ciepła ciał. Nieśmiało zaczyna nas całować. To są takie niepewne lizanka po rękach, takim niepewnym języczkiem, ukradkiem. Coraz częściej mogę go zostawić samego na kanapie przykrytego śpiworem, albo kocem, a kiedy wracam, on tam dalej śpi zakopany. Przestał płakać pod naszą nieobecność, rozumie już rytuały dnia codziennego. Widać, że powolutku odzyskuje wiarę w ludzi, ich życzliwą dłoń na swojej główce, uczy się wciąż przytulania ( jest sztywny jak kłoda), nauczył się w końcu sam wskakiwać na kanapy i fotele.












Jakich ludzi szukamy dla Leende?
Obiecałam sobie i temu psu, że już nigdy nikt nie złamie mu serca, że nigdy nie będzie zamknięty w klatce i nikt nie będzie od niego niczego oczekiwał i chciał.
Obiecałam sobie, że sprawię temu psu największy prezent jaki pies może dostać :: dom, gdzie będzie rozpieszczanym jedynakiem. Gdzie nie będzie konkurencji w postaci innych psów, gdzie poczuje pierwszy raz w życiu ŻE JEST WAŻNY I JEDYNY
Szukam osób odpowiedzialnych, które rozumieją, że życie każdego psa trwa stosunkowo krótko. Dużo krócej niż nasze ludzkie i te cudowne istoty muszą mieć życie esencjonalne, aby każdy dzień był wypełniony po brzegi tym na co każdy piesek zasługuje. Miłośćią, akceptacją, uwagą, czułością, cierpliwością, wyrozumiałością, ciepłym legowiskiem, dobrym jedzeniem i spacerami. Leende musiał być z nami jakiś czas, w hodowli, w której się urodził, abym mogła go poznać na nowo, zobaczyć w jakim stanie jest, do jakich ludzi będzie pasował.
Umarłabym, gdyby uciekł on komuś po adopcji. Muszę mieć pewność, czego mogą się spodziewać nowi opiekunowie, na co się piszą. Wiadomo, że to dorosły pies ze swoimi już ukształtowanymi cechami, dziwactwami różnymi, które trzeba kochać i akceptować. Po niespełna 2 tygodniach wiemy na przykład, że Leende kocha najbardziej na świecie kanapeczki :) Takie z chlebka świeżego z masełkiem i szyneczką. Wiem, wiem….wariactwo, ale nie wiemy wciąż czym był karmiony w Hiszpanii, nie zna typowego jedzenia dla psów. W tej chwili to walka o każdy kęs, więc wybaczcie mi Państwo szczerość, ale póki je kanapeczki z masłem i szyneczką, oboje je mu przegryzamy wstępnie jak jakieś ptaki i podajemy, bo Leende musi mieć to lekko zmielone wszystko

Na ostatnich zdjęciach ze spaceru na pustyni jest pokazana sytuacja, która mnie samą zaskoczyła. Tak się złożyło, że po spacerze spakowałam do transporterów do samochodu moje wszystkie psy i Leende został na koniec. Szukałam go wzrokiem i nawoływałam, aż zobaczyłam, że usiadł daleko na piasku i nie wiedział co zrobić.
Ze wszystkich zdjęć jakie zrobiłam mu przez te 2 tygodnie, to najbardziej rozrywa mi serce. Zagubiony, rozbity charcik, który nic nie rozumie i nie poznaje, siedzi daleko sam. O ile są pieski dokoła niego, to one go ciągną i nadają rytm jego zachowaniom i dają mu bezpieczeństwo. W hodowli w Hiszpanii był otoczony rozrastającym się z roku na rok stadem innych psów… Ta sytuacja na pustyni była dla mnie ważnym komunikatem….. W nowym domu bez innych piesków, też może się poczuć „wyrwany z kontekstu”, zagubiony, więc nie można go puszczać bez smyczy zanim nie „osiądzie” w nowym domu, zanim nie poczuje TO MÓJ DOM, MOJA RODZINA.


Bardzo bym chciała znaleźć mu cudowny domek, osobę, która też pragnie miłości i miłość jest w stanie dać całym sercem. Boje się, że się znów za bardzo zżyje z nami, a my z nim. Myślę, że powoli możemy rozpocząć spotkania adopcyjne z potencjalnymi rodzinami. Przepraszam z góry za to co napiszę, proszę, aby nikt nie czuł się urażony, ale chcę aby Leende został w Polsce, trafił w ręce osoby w wieku 40 - 60 lat. Chcę aby trafił do rodziny, która prowadzi spokojny tryb życia, blisko natury, która rozumie jak dla psa ważna jest rutyna, ba! nuda wręcz.
Jeśli jesteś osobą, która przemyślała adopcję, me serce wypełnione bo same brzegi miłością, którą chce przelać na delikatną psią istotkę, która będzie z Leende spała w swoim łóżku pod kołdrą, która będzie mu mieliła kanapeczki z szyneczką, napisz do nas, bardzo chętnie spotkamy się z Tobą w Częstochowie.
Zanim do nas napiszesz czy zadzwonisz w sprawie Leende, musisz rozeznać w swoim sercu uczciwie, czy jesteś osobą, która nie wyobraża sobie oddać swojego pieska? Dla nich jesteśmy ich całym Światem. Kochają nas bezgranicznie, ufają, nigdy by nas nie zdradziły… W hodowlach to częste, że suczki po kilku miotach są oddawane do nowych domów, samce traktowane jak towar, który można eksploatować póki zgadza się termin ważności… ale proszę Cię, zrozum, że tego psa nie wolno więcej zranić i zawieść. Nie może być jak rzecz przerzucany z rąk do rąk. Ta zmiana domu musi być przemyślana i do końca życia tego psa. Nie możesz być staruszką, staruszkiem… nie mogę zaryzykować, że on zostanie znów ze złamanym sercem. Nie możesz być też osobą zbyt młodą, której także mogą się zmienić plany życiowe czy zawodowe. Wiem, że są bardzo odpowiedzialni młodzi ludzie i na pewno to krzywdzące co pisze, ale postawcie się Państwo na moim miejscu… ja jako hodowca tego samczyka, którego powołałam na świat (on się na ten świat nie pchał!) chcę znaleźć mu dom tym razem, gdzie będzie najmniejsze ryzyko ponownego rozczarowania. Raz się pomyliłam bardzo, za drugim razem chcę mieć 100% pewności, że trafił on na normalnych kochających LUDZI.
Pies nie jest po coś. Pies nic nie musi. Pies jest po to, aby nam towarzyszyć, jako najbardziej oddany nam przyjaciel ze wszystkich gatunków na tej ziemi. Nie musi wygrywać na wystawach psów, nie musi biegać za wabikiem, nie koniecznie musi być grzeczny, ani ładny. Nawet nie ma obowiązku być zdrowy. Nie zawsze nauczy się czystości w domu. Niekoniecznie spełni nasze oczekiwania i to jest ok!
Pies jest po to, aby być. Abyśmy go kochali i akceptowali. Pies to przywilej, nie obowiązek. Jesteśmy jako opiekunowie jego całym światem i w ciągu ich stosunkowo krótkiego życia, należy mu się opieka, godność, zadbanie o jego potrzeby dobowe, absolutna opieka na stare lata i poczucie bezpieczeństwa.
Małgorzata Pietralik