


Ciężko mi pisać ten artykuł bez łez wzruszenia, pisze na świeżo, z sercem napełnionym radością i ulgą, spadł mi dziś z barków ogromny ciężar, który może zrozumieć tylko kochający i zaangażowany hodowca, który „odzyskał” swoje szczenię, wcześniej utraciwszy je - sprzedając niewłaściwej osobie.
Ninì Tirabusciò Sangue Azzurro ( po domowemu w hodowli po prostu Nini) urodziła się w miocie 3 szczeniąt 10 lipca 2022 roku, jest owocem mojego niemieckiego krycia w Brunszwik - Royem - niezwykle eleganckim samczykiem. Był to dla mnie bardzo ważny miot, taki miot marzenie. Roya wypatrzyłam w nocy plądrując bazy rasy w poszukiwaniu kremowego drobnego samca o określonym układzie Alleli. Pomogła mi skontaktować się z jego opiekunami jego francuska hodowczyni Renée Ginestet, a oni dla mnie wyrobili temu samczykowi uprawnienia hodowlane, po wielu miesiącach korespondencji. Krycie było kosztowne, a podróż 1000 km w głąb Niemiec wymagała ode mnie sporej organizacji i wysiłku. Był to jeden z najbardziej udanych miotów w mojej karierze hodowlanej.






Zostawiłam dla siebie do dalszej pracy samczyka Nói Albinói Sangue Azzurro, którego bardzo kocham, z którym jestem ogromnie związania i nie wyobrażam sobie bez niego mojego życia. Dlatego tym bardziej bolało mnie, że właściciele, którzy kupili Nini, bardzo szybko postanowili oddać ją z powrotem do mojej hodowli. Braciszek Nói i Nini - Niki ( domowę imię Shiloh) jest tak samo kochany, jak mój Nói, uwielbiany wręcz przez swoich właścicieli, z którymi mam doskonały kontakt. Rodzeństwo Nói trafiło do Krakowa. Właścicielka Nini zadzwoniła po kilku tygodniach, że poddają się, nie dają sobie rady z sikaniem i brudzeniem w domu oraz jej silnym charakterem, aktywnością, energią… Zaproponowałam zwrot pieniędzy i odebranie Nini, albo chciałam im zaproponować jakąś inną spokojniejszą suczkę w przyszłości. Z właścicielką byłyśmy umówione w połowie drogi pomiędzy Krakowem, a Częstochową na odebranie malutkiej. Niestety Pani Natalia ( lekarka - ukraińskiego pochodzenia od lat mieszkająca w Polsce) zadzwoniła do mnie na 2 godziny przed odbiorem Nini, że jednak zostanie ona u jej mamy, ponieważ dzieci bardzo rozpaczają z powodu tej decyzji oddania Nini.
Kilkukrotnie na przestrzeni kolejnych miesięcy dzwoniłam do tej rodziny, upewniając się, czy na pewno podjęli dobrą decyzję, rozmowy były długie i Pani Natalia opowiadała w nich jak cudownie poradzili sobie ze wszystkimi problemami i jak Nini jest szczęśliwa u jej mamy.Jednak nigdy nie dostałam żadnego zdjęcia potwierdzającego tą szczęśliwość. Starałam się utrzymywać kontakt, być życzliwa i dopytywałam o możliwość spotkania się i wykonania pamiątkowego zdjęcia trójki rodzeństwa w wieku dorosłym, jednak na życzliwości się kończyło.
Na chwilę po rozmowach z nią mój niepokój malał, brzuch przestawał boleć mnie z nerwów, ale po kilku tygodniach i miesiącach niepokój wracał, a intuicja krzyczała, że Nini już dawno nie ma z tą rodziną, że gdzieś się jej pozbyli :(


Po paru miesiącach Pani Natalia napisała do mnie na komunikatorze: „ Dzień dobry, gdzie są dokumenty pieska?”. „Jakiego pieska?!” - już sam fakt, że chodziło o Nini, a ona wyraziła się o niej tak bezosobowo, przecież to nie jest normalne, żeby „właściciel” swojego psa nie nazywał go imieniem, tylko „pieskiem”. Oczywiście chodziło o metrykę Nini, więc spanikowałam i miałam pewność, że ta kłamczucha sprzedała ją gdzieś, a teraz nie może znaleźć „papierów” Nini. Nic nie dawały telefony, prośby błagalne o możliwość spotkania się na żywo i zobaczenia Nini, wciąż też nie mogłam doprosić się jednego zdjęcia suczki. Przecież nie będę ludziom wystawać pod oknami, jadąc 150 km w jedną stronę jak jakiś stalker. Pani Natalia w pewnym momencie przestała kłamać, przestała się komunikować, odcięła się. Sytuacja absolutnie mnie dobiła, wydała mi się patowa, byłam pewna, że tej kobiecie trzeba założyć sprawę w sądzie, ale na tyle ostrożnie działać, żeby jej nie spłoszyć, a zebrać jak najbardziej szczegółowy materiał dowodowy. Nie chcę w tym miejscu rozpisywać się jakie kroki z prawnikami podjęłam, nie chcąc podpowiadać ścieżki ewakuacyjnej innym nieuczciwym właścicielom psów, jednak potrzebny był wywiad środowiskowy i przyznanie się tej kobiety, że wbrew zapisom w umowie sprzedaży szczenięcia, pozbyła się gdzieś Nini jak niechcianego śmiecia, nie informując mnie o niczym i nie dając możliwości odkupienia jej, a mam takie prawo, jako hodowca. Takie są zapisy w naszych umowach.
Dziś 19 lipca pojechałam w Częstochowie na wystawę Międzynarodową. Wszystkie moje charciki mają pokończone tytuły, więc nie bardzo mam kogo wystawiać i prezentować aktualnie, ale jako, że to mój oddział organizował wystawę, a ja zajmowałam się całą oprawą graficzną wydarzenia w oba dni, miałam poczucie, że wypada przyjechać na tę imprezę. Przyjechałam dużo wcześniej i po kilku okrążeniach między stoiskami, moją uwagę przykuł rudawy charcik włoski. Brzuch mnie zabolał z nerwów, oblały mnie zimne poty, ileż to razy na przestrzeni tych 3 lat wydawało mi się, że widzę gdzieś Nini! Cały dysk komputera pęka w szwach od screenów z internetu, gdzie pojawia się jakaś akcja odebrania psów z pseudo - zdjęcia upodlonych, obranych z godności charcików włoskich… zawsze z mdłościami, ściśniętym żołądkiem i krwawiącym sercem przyglądam się zdjęciom na powiększeniu, analizując czy to nie moja Nini, czy nieszczęsna nie trafiła w łapy jakiegoś pseuducha i męczy się w jakiś klatkach rozmnażana :(

Więc stojąc dziś w tym upale i patrząc na tę niewielką suczkę, skanując paluszki, sierść, głowę, zachowanie, gesty, ekspresję, czułam, że tym razem mi się nie wydaje, że to na 100% Nini! Pema stempluje wręcz swoje dzieci, ich łapki i pazurki mają charakterystyczne białe znaczenia, ten miot miał nietypową piękną ekspresję, pigmentowanie jakiego nie spotyka się w rasie, a poza tym wszystkim - hodowca zawsze rozpozna swoje szczenię na żywo!!! Było mi słabo, kolana miałam miękkie, a w uszach słyszałam jak głośno bije mi serce, ale podeszłam do tego małżeństwa i z totalną pewnością siebie zapytałam czy to Ninì Tirabusciò Sangue Azzurro i skąd ją mają?


Oczywiście nasze spotkanie było przypadkowe. Państwo byli w szoku, jak to możliwe, że ją rozpoznałam, stali też z malutką Yorczką. Prawie zapomniałam, że jestem na wystawie i zaraz wystawiam Kromkę, nie pamiętam, żebym tak się upłakała z nadmiaru emocji. Nie potrafię w tym miejscu opisać, co czułam, ale z pewnością każdy hodowca, który nie raz nie spał w nocy, tylko ryczał za szczenięciem, żałował decyzji, albo umierał ze zmartwień, wie jaki to potężny ładunek emocji- pomieszanie ulgi, szczęścia, absolutnego rozczulenia. Patrzyłam na tą cudną iskierkę i czułam, jakby mi z każdą chwilą ubywało jakiegoś drążącego mnie od dawna raczyska. Nini żyje! Nini ma się dobrze, trafiła do cudownej kochającej ją rodziny, która akceptuje w pełni jej narwanie i energię, jej niezależność i silny charakter! Żyję od lat z jej mamą PEMĄ, dziś już ośmiolatką, ale to jak aktywna wciąż i skoczna jest Pema, jest nie do opisania, moja ukochana złodziejka sera żółtego z blatów, zaglądająca do garów, plądrująca półki kuchenne - Pema nic się nie zmieniła na przestrzeni lat i takim samym charakterem stempluje swoje szczenięta.



Ta rodzina i ja przytulaliśmy się, z mokrymi oczami od łez, wymienialiśmy szczegóły jak Nini trafiła do nich, ja opowiadałam jak poszukiwałam jej, rozpaczając za nią przez te lata, oni o codzienności z Nini. Niesamowite spotkanie. Co prawda moja Kromeczka dziś nie wygrała na wystawie, ale ja czuję się jak Zwycięzca. Tak bardzo się ciesze, że Bóg ochronił Nini i trafiła na dobrych kochających ją ludzi. Niestety sytuacja niczego mnie nie nauczyła, ponieważ jej pierwsi właściciele - można powiedzieć „rodzina idealna” - z wykastrowanym już dorosłym charcikiem, wykształceni, z trójką dzieci, zamożni, niezwykle kulturalni, a co najważniejsze z doświadczeniami w rasie. Gdzie został popełniony błąd? Co poszło nie tak? Nie mam pojęcia jak chronić moje szczenięta przed takimi sytuacjami. Ludziom nie da się przeskanować serca i głowy, na zewnątrz pięknie grają.



Cała złość, niepokój, chęć ukarania Pani Natalii w sądzie - odeszły dziś całkiem, powietrze zeszło ze mnie jak z balonika, jakby mnie ktoś uzdrowił, jakby ciężar mi spadł z klatki piersiowej, najważniejsze przecież jest to, że Nini żyje i żyje pełną charcikową piersią! Kochana, w pełni akceptowana, śpiąca w łóżku ze swoimi cudownymi właścicielami, po sterylizacji już i ze swoim domowym imieniem LUNA. A ja i jej nowi właściciele wymieniliśmy się już telefonami, social mediami i planujemy to rodzinne wspólne zdjęcie trójki rodzeństwa w Krakowie :) Dziś zasnę wreszcie spokojna o Nini - Lunę.

Wpis autorstwa: